3 maja 2026 roku na deskach Opery Wrocławskiej miał miejsce wyjątkowy debiut. W roli Stacha w „Cudzie mniemanym, czyli Krakowiakach i Góralach” wystąpił Mateusz Hęś – młody artysta, którego droga do opery jest równie fascynująca, co jego sceniczna kreacja.
Mateusz to postać nietuzinkowa, łącząca w sobie pasję do muzyki sakralnej, opery i teologii. Jego fundamentem edukacyjnym jest Liceum Ogólnokształcące im. Marii Skłodowskiej-Curie w Bogatyni. To właśnie tam, a wcześniej w Szkole Podstawowej w Porajowie, stawiał pierwsze kroki sceniczne pod okiem pedagogów, którzy jako pierwsi dostrzegli jego potencjał wokalny.
Jego formalna edukacja muzyczna rozpoczęła się od fascynacji organami w rodzinnym Porajowie, co zaprowadziło go do Diecezjalnego Instytutu Muzyki Kościelnej w Legnicy, gdzie w latach 2019–2024 kształcił się pod kierunkiem mgr Beaty Pazio-Grygiel. Równolegle z rozwojem muzycznym Mateusz zgłębiał nauki teologiczne, zostając w 2021 roku studentem Papieskiego Wydziału Teologicznego we Wrocławiu. Obecnie od 2024 roku doskonali swój warsztat wokalny na Akademii Muzycznej im. Karola Lipińskiego we Wrocławiu, będąc studentem w klasie śpiewu prof. dr. hab. Piotra Łykowskiego oraz mgr Agaty Chodorek.
Występ w Operze Wrocławskiej był zwieńczeniem intensywnego czasu przygotowań realizowanych we współpracy Akademii Muzycznej z Operą. Pod kierownictwem muzycznym Izabeli Polakowskiej-Rybskiej oraz w reżyserii Hanny Marasz-Fiugajskiej, Mateusz udowodnił, że talent z małej miejscowości, wsparty ciężką pracą i Bożą Opatrznością, może zaprowadzić na wielką scenę.
Zapraszamy do lektury rozmowy o tym, jak teologia przeplata się z operą, o wdzięczności wobec nauczycieli z Porajowa i Bogatyni oraz o marzeniu, by poprzez sztukę zawsze wskazywać na źródło wszelkiego piękna.
Redakcja bogatynia.info.pl: Występ w „Cudzie mniemanym, czyli Krakowiakach i Góralach” to nie tylko debiut, ale także zmierzenie się z legendą pierwszej polskiej opery narodowej. Jakie to uczucie stanąć na deskach Opery Wrocławskiej w tak symbolicznym tytule i co czułeś, wiedząc, że na widowni wspierają Cię najbliżsi z Porajowa?
Mateusz Hęś: „Cud mniemany, czyli Krakowiacy i Górale” jest dziełem wyjątkowym pod wieloma względami. Przede wszystkim rozpoczyna bogatą tradycję polskich oper narodowych, które pięknie opowiadają o Polsce, jej mieszkańcach oraz problemach społecznych i politycznych. Utwór ten z pozoru wydaje się bardzo lekki i zabawny — i rzeczywiście taki jest — jednak pod płaszczykiem historii miłosnej kryje się ważne przesłanie. Szczególnie dziś pozostaje ono niezwykle aktualne: zgoda buduje, a niezgoda rujnuje. Dzieło porusza również temat współodpowiedzialności za siebie nawzajem.
Debiutując właśnie w tym utworze, chciałem jak najlepiej sprostać powierzonemu mi zadaniu i wiarygodnie oddać postać Stacha — człowieka targanego silnymi emocjami, który pragnie związać się z ukochaną Basią. Muszę przyznać, że była to niezwykle wdzięczna rola, a jej realizacja przyniosła mi wiele radości.
Spektakl, który odbył się 3 maja 2026 roku w Operze Wrocławskiej, był zwieńczeniem wielu miesięcy ciężkiej pracy, pełnej muzycznych, aktorskich i tanecznych wyzwań. Ogromną radością była dla mnie obecność rodziny i przyjaciół z Porajowa. Świadomość, że wspierają mnie najbliżsi, dodawała mi sił i motywowała, aby dać z siebie wszystko.
Jan Stefani napisał ten utwór do słów Wojciecha Bogusławskiego w XVIII wieku. Jak młody artysta odnajduje się w tej klasycznej formie? Czy trudno było „wyśpiewać” postać tak, aby trafiła do współczesnego widza?
To wyzwanie, przed którym staje każdy artysta związany z muzyką i teatrem. Najważniejsze jest zrozumienie głównego przesłania dzieła — tego, co twórca chciał przekazać odbiorcy — a następnie odnalezienie sposobu, by tę myśl przekazać współczesnemu widzowi.
W operze przekaz odbywa się wielotorowo: poprzez tekst, muzykę, śpiew, taniec, scenografię, kostiumy, światło czy aktorstwo. Warto wspomnieć, że projekt ten był realizowany przez Akademię Muzyczną im. Karola Lipińskiego we Wrocławiu we współpracy z Operą Wrocławską, aby umożliwić młodym artystom występ na profesjonalnej scenie operowej. Takie przedsięwzięcia pomagają budować warsztat i uczą pracy z repertuarem operowym.
Ogromnie ważna jest tutaj pomoc reżysera i dyrygenta. W przypadku tej realizacji miałem przyjemność pracować z reżyser Hanną Marasz-Fiugajską, dzięki której mogliśmy lepiej zrozumieć zamysł Jana Stefaniego i Wojciecha Bogusławskiego. Kluczowa była także współpraca z Maestrą Izabelą Polakowską-Rybską.
Czy łatwo jest trafić do widza? To bardzo trudne pytanie. Na pewno się starałem, ale ocenę pozostawiam publiczności. Uważam jednak, że śpiewak, stając na scenie, musi wiedzieć, po co to robi. Jeśli artysta jest świadomy celu swojego występu, buduje autentyczną postać, która rzeczywiście dociera do odbiorcy.
Na co dzień dbasz o oprawę muzyczną Mszy świętych w kościołach Trójwsi, a teraz zdobywasz sceny operowe. Jak te dwa — wydawałoby się różne — światy: sakralny i teatralny, wzajemnie się w Tobie uzupełniają?
W moim przypadku wszystko zaczęło się właśnie w kościele — od organów w kościele pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Porajowie. Początkowo chciałem grać wyłącznie hobbystycznie. Pani Renata Mikołajów, organistka, zasugerowała mi jednak podjęcie nauki w Diecezjalnym Instytucie Muzyki Kościelnej w Legnicy.
Na początku podchodziłem do tego bardzo niechętnie, ale zainteresowanie muzyką organową stale we mnie dojrzewało. Z czasem, po rozmowach, modlitwie i namyśle, zdecydowałem się spróbować. W 2019 roku rozpocząłem naukę muzyki kościelnej w Legnicy. Później zostałem zauważony przez mgr Beatę Pazio-Grygiel, wybitnego pedagoga śpiewu, która zaproponowała mi równoległą naukę na wydziale wokalnym.
W międzyczasie rozpocząłem także studia teologiczne na Papieskim Wydziale Teologicznym, wynikające z fascynacji muzyką sakralną i liturgią. Po ukończeniu edukacji w Legnicy, za namową wielu osób, postanowiłem spróbować swoich sił na Akademii Muzycznej we Wrocławiu. Egzaminy zdałem pomyślnie i od 2024 roku jestem studentem klasy śpiewu prof. dr hab. Piotra Łykowskiego oraz mgr Agaty Chodorek.
W moim przypadku muzyka sakralna, teologia, opera i teatr są ze sobą nierozerwalnie związane. Nie postrzegam ich jako dwóch odrębnych światów. Zarówno poprzez grę na organach, śpiew, jak i działalność sceniczną pragnę wskazywać na Boga — źródło wszelkiego piękna. Dla wielu może wydawać się to nietypowe, ale dla mnie jest to fundament mojego działania.
Twoja historia pokazuje, że talent z małej miejscowości może zaprowadzić na wielką scenę. Co było dla Ciebie największym wyzwaniem w łączeniu nauki z rozwijaniem tak wymagającej pasji, jaką jest śpiew operowy?
Szczerze mówiąc, trudno mi mówić o trudnościach, ponieważ nigdy zbytnio się na nich nie skupiałem. Zawsze wtedy, gdy pojawiał się jakiś problem, spotykałem ludzi gotowych mi pomóc. Przykładem może być sytuacja, gdy nie miałem możliwości dojeżdżania do Legnicy. Pani Małgorzata Kochanowska, ówczesna organistka kościoła pw. św. Maksymiliana Marii Kolbego w Bogatyni, która sama kształciła się w Diecezjalnym Instytucie Muzyki Kościelnej w Legnicy, zaproponowała mi wspólne dojazdy na zajęcia. W całym tym procesie doświadczyłem ogromnej życzliwości oraz — jak wierzę — Bożej Opatrzności.
Ogromnym wsparciem była i nadal jest dla mnie rodzina oraz przyjaciele. Bardzo ważną rolę odegrało również środowisko szkolne. Już od najmłodszych lat mogłem rozwijać swoje talenty właśnie dzięki szkole i nauczycielom, którzy dostrzegali we mnie potencjał.
Z ogromną wdzięcznością wspominam panią Alicję Poleszak, moją wychowawczynię z klas 1–3, która często powtarzała moim rodzicom: „Mateusz będzie śpiewał”. W Szkole Podstawowej w Porajowie uczestniczyłem w wielu przedstawieniach i wydarzeniach artystycznych, które dawały młodym ludziom możliwość prezentowania swoich talentów. Również w Liceum Ogólnokształcącym w Bogatyni brałem udział w niezapomnianych koncertach bożonarodzeniowych, które na zawsze pozostaną w mojej pamięci.
To właśnie szkoła zapewniła mi pierwsze doświadczenia sceniczne i podstawy warsztatu aktorskiego oraz wokalnego, które dziś mogę dalej rozwijać. Uważam, że szkoły — szczególnie w małych miejscowościach — odgrywają niezwykle ważną rolę w odkrywaniu i rozwijaniu talentów młodych ludzi i dlatego powinny być dostępne na każdym etapie edukacji, zwłaszcza w okresie dorastania i wchodzenia w dorosłość.
Debiut we Wrocławiu już za Tobą, gratulacje płyną z każdej strony. Czy po sukcesie w roli Stacha masz już na oku kolejne operowe wyzwania? O jakiej partii najbardziej marzy teraz Mateusz Hęś?
Jestem szczerze wzruszony i zaskoczony ilością gratulacji oraz życzliwych słów, które otrzymałem po debiucie. Bardzo się cieszę, że mój występ sprawił radość tak wielu osobom.
W zawodzie śpiewaka nie ma jednak zbyt wiele czasu na świętowanie, ponieważ na horyzoncie pojawiają się już kolejne wyzwania i występy. Mogę jedynie zdradzić, że przede mną następne artystyczne wydarzenia, ale niech na razie pozostaną one tajemnicą.
Jeśli chodzi o wymarzoną partię operową, to szczerze mówiąc — nie mam jednej konkretnej. Moim największym marzeniem jest przede wszystkim być dobrym człowiekiem, a przy okazji również dobrym śpiewakiem.
Mam nadzieję, że przede mną jeszcze wiele pięknych spotkań z publicznością i kolejnych artystycznych wyzwań. Z wdzięcznością patrzę na drogę, którą udało mi się dotychczas przejść — drogę pełną życzliwości ludzi, wsparcia rodziny, nauczycieli i przyjaciół. Przede wszystkim jednak dziękuję Panu Bogu za otrzymane dobro, możliwość rozwijania talentu oraz za wszystkich ludzi, których postawił na mojej drodze. Wierzę, że to dopiero początek dalszej muzycznej i życiowej podróży.
Galeria zdjęć, fot. Opera Wrocławska / fot. Wojciech Palacz (dzięki uprzejmości M. Hęś)