Na co dzień uczy matematyki – świata reguł, twardych dowodów, wzorów i bezdyskusyjnej logiki. Nocami zmienia jednak cyfry na słowa, sprawdziany na arkusze powieści i przelewa na papier ogromne emocje. Mowa o nauczycielu i autorze z Bogatyni, który postanowił zmierzyć się z niezwykłą historią historyczną – podróżą Ludwiki, siostry Fryderyka Chopina, przewożącej serce kompozytora do ojczyzny.
Piotr Sawicki, fot. archiwum autora
W poniższej rozmowie autor opowiada o tym, jak ścisły umysł pomaga w architekturze fabuły, skąd wzięła się wieloletnia potrzeba opowiedzenia tej historii oraz jak budować nastrojowy świat odbierany wszystkimi zmysłami. Dowiemy się również, jakie to uczucie po raz pierwszy ujrzeć własne nazwisko na okładce drukowanej książki i co sprawia, że opowieść o bólu, tęsknocie i wielkiej miłości ma ostatecznie otulić czytelnika niczym ciepły kocyk. Zapraszamy do lektury!
bogatynia.inro.pl: Uczy Pan matematyki – królestwa czystej logiki i twardych dowodów – a pisze o porywach serca i głębokich emocjach. Jak te dwa światy w Panu współistnieją? Czy ścisły umysł pomaga architektowi fabuły, czy literatura jest po prostu oddechem od cyfr?
Piotr Sawicki: „Alicję w Krainie Czarów” napisał matematyk i logik, nawiasem mówiąc profesor Oxfordu, mi jeszcze do niego daleko (śmiech).
Nie ma we mnie dwóch światów. Kocham to nie obliczam, obliczam nie przestaję kochać. Mam do czynienia z dziećmi i młodzieżą, jakbym mógł inaczej.
W zetknięciu z Chopinem usłyszałem muzykę. To pole do odczuwania, z którego można czerpać garściami. Pewnie ścisły umysł pomaga w budowaniu powieści. Zapewne literatura jest odskocznią od codziennej, technicznej pracy. Dla mnie pisanie, oprócz tego, że przelewam na papier emocje, to ogromny warsztat, którego dopiero się uczę.
Kiedy uczniowie lub mieszkańcy Bogatyni dowiadują się, że pan od matematyki napisał powieść historyczną, co pojawia się na ich twarzach częściej: zaskoczenie czy podziw? Jak lokalność i praca w szkole wpływają na Pana wrażliwość?
Uśmiech. Jak do tej pory, to zawsze uśmiech pojawia się na twarzach. Najczęściej jest to uśmiech, z którego wyłania się pytanie „jak to?”.
A wrażliwość? Bez niej lepiej do szkoły nawet nie wchodzić, a co dopiero w niej uczyć.
Pokaźna część wpisów dotyczy zmysłowości fizycznej książki i emocji: „oczy się spociły”, „papier ma swój ciężar”. Skąd w Panu – jako autorze – tak wielka potrzeba czucia świata wszystkimi zmysłami i dzielenia się tą wrażliwością z innymi?
„Z każdym krokiem zapach dymu ze stacji stawał się słabszy, aż został tylko mróz i lekko gorzka woń mięty”…
Staram się zmysłami budować atmosferę miejsca, epoki. Chciałbym, żeby moja książka była odbierana różnymi zmysłami i została w pamięci na dłużej.
Od inspiracji do gotowego egzemplarza minęło zaledwie kilka miesięcy, pisanych głównie nocami. Co takiego miała w sobie ta historia, że nie dawała Panu spać po całym dniu pracy w szkole i sprawdzania sprawdzianów?
Od inspiracji do gotowego egzemplarza minęło kilka miesięcy, ale wewnętrzny bunt przeciwko temu, że ta niesamowita historia o sercu Chopina nie jest popularyzowana, był we mnie od kilku lat. Praca w szkole to moja wielka miłość, po niej nie muszę odsypiać. Nie śpię w nocy, bo taki wiek (śmiech). Potem odsypiam w dzień krótkimi drzemkami. A tego czasu w nocy mi szkoda. Nie marnuję go „siedząc w telefonie”.
Praca nad powieścią historyczną to wertowanie źródeł, ale też momenty, gdy historia milczy. Jak godził Pan ścisły rygor faktów historycznych z pisarską wolnością kreowania scen i dialogów?
Od początku pisania założyłem, że tam gdzie historia i fakty biorą górę, nie będę tego przekłamywał i odstępował na krok. Nawet w detalach. Tam gdzie historia milczy, wchodzi literatura.
„Jeden z kufrów postawiono na stole.
— Otworzyć.
Marianna rozpięła zamek.
Ludwika poczuła chłód biegnący po plecach”.
Zadawałem sobie pytanie: czy w tamtych czasach był już zamek błyskawiczny? Nie było. Za to poznałem budowę ówczesnych kufrów, toreb podróżnych i słowo „zamek” w dialogu zostało.
Świadomie zniknął Pan z mediów społecznościowych na czas pracy, by odezwać się dopiero wtedy, gdy „wydarzy się coś naprawdę ważnego”. Czy cisza jest niezbędnym narzędziem pisarza, by z pojedynczych myśli stworzyć pełnowymiarowy świat?
Dziękuję za to pytanie. Zwłaszcza za „pisarza”. Niezbędnym dla „pisarza” (jeszcze o sobie tak nie myślę) jest dobry warsztat, wrażliwość, pomysł, czas do realizacji pomysłu. Dlatego jest czas na ciszę i jest czas na dzielenie się tym co powstało. Obecność twórcy w mediach społecznościowych jest już jakby wymogiem współczesnego świata. Do tej pory nie byłem aktywny w sieci. Teraz uczę się tego.
Napisał Pan o momencie, w którym pierwszy raz bierze się do ręki wersję próbną: „Pewnie obejrzę okładkę dziesięć razy, sprawdzę grzbiet, papier, druk, a potem… zacznę czytać własną książkę jak zwykły czytelnik”. Jakie to uczucie zobaczyć własne nazwisko na przedmiocie, który jeszcze niedawno był tylko plikiem w komputerze?
„Oczy się spociły” to była reakcja pierwotna. Dużo czytałem o wydaniach własnych. Dlatego oglądałem książkę trochę jako wydawca. Wiedziałem co muszę sprawdzić poza treścią. Czy użyty klej spełnia swoją rolę prawidłowo? Jak zachowuje się książka po otwarciu na dwudziestej, na setnej i dwieście czterdziestej stronie?
Emocje wzięły górę, gdy zobaczyłem swoje imię i nazwisko na okładce. To jak zdobycie mistrzostwa (tu świadomie nie napiszę Świata, Polski, Olimpijskiego).
O sercu Chopina słyszał każdy, ale Pan spojrzał na tę historię oczami jego siostry, Ludwiki. W przejmującym fragmencie rozmowy z lekarzem padają słowa: „Proszę pamiętać, że to, co pan wyjmie, nie będzie dla mnie preparatem”. Jak budował Pan postać kobiety, która musiała znieść ogromny ból, by wypełnić wolę brata?
Tu mity przeplatały się z faktami. Chopin chciał, żeby jego serce oddzielono od ciała, bo był owładnięty tafofobią, a wokół obietnicy przewiezienia serca jako relikwii urosło sporo mitów. Przewiezienie serca pod sukienką też urosło do rangi mitu, ale wolno mi było go użyć. Podobnym faktem i mitem jest to, że Ludwika część trasy przeszła pieszo. Zapisy mówią, że przeszła, ale bez konkretów. To też skorzystałem.
Mimo że książka dotyka tematów trudnych – śmierci, pożegnania i trudnej podróży przez granice XIX-wiecznej Europy – pisze Pan, że ma ona „otulić jak kocyk w kratkę i rozgrzać jak dobra herbata”. Jak udało się Panu połączyć ten historyczny ciężar z ciepłem i nadzieją?
To powieść a czytanie powieści ma w sobie pewną magię. Czy udało się połączyć historyczny ciężar z ciepłem i nadzieją ocenią czytelnicy. Książka ma dwie narracje: współczesną i historyczną. Tu bym pokładał nadzieję na połączenie tych dwóch światów.
Tytuł „To, co się niesie” ma w sobie niesamowitą dynamikę. Co chciałby Pan, aby po przeczytaniu tej opowieści „poniosło się” najmocniej w sercach i myślach Pana czytelników?
Wertując historię dowiemy się, że Fryderyk Chopin miał dwa razy propozycję od cara Rosji, żeby został nadwornym muzykiem w Petersburgu. Jak wiemy nie skorzystał. Dla kogo grał na Emigracji? Do których miejsc tęsknił? Jak bardzo tęsknił za Justyną, swoją mamą?
„Na początku znalazła krótką uwagę:
Najlepiej czytać, słuchając muzyki Chopina”…
Chciałem, żeby muzyka była w tej książce i jest. Niesie miłość, odwagę, obietnicę, trudne, twarde decyzje i zwyczajność Ludwiki.