8 listopada, wczesnym rankiem – gdy większość świata dopiero przeciągała się nad poranną kawą – Sekcja Turystyki Rekreacyjnej „Bog-Tur” już maszerowała w rytm doskonale zgranego chóru butów trekkingowych. Kierunek: malownicza osada Jizerka (czes. Jizerka), która zawsze wygląda tak, jakby natura ustawiła ją idealnie do zdjęcia.

Pierwszy punkt programu okazał się bardziej emocjonujący, niż zakładaliśmy. Ruchomy mostek nad Izerą zafalował lekko pod naszym ciężarem, jakby pytał: „To na pewno dobry pomysł?”. My oczywiście odpowiedzieliśmy mu gromkim „Oczywiście!”, chociaż kilka par kolan miało na ten temat swoje własne, lekko drżące opinie. Przeprawa zakończyła się pełnym sukcesem i jeszcze pełniejszą dawką adrenaliny, która ogrzewała nas lepiej niż termos herbaty.

Po drugiej stronie granicznego strumyka czekała Jizerka. Ta osada ma w sobie coś z osobnego świata: zimą wygląda jak kartka świąteczna, a wiosną rozkłada przed człowiekiem dywany żonkili, jakby las szykował się na galę. Jesienią, w którą trafiliśmy my, całość skąpana była w złocistej poświacie. Słońce przesączało się przez gałęzie, rozsypując światło po drodze jak garść monet z nieba. Tylko brać i iść dalej.

Trasa miała około 18 kilometrów i rozciągała się od Kořenova do Smědavy. Szliśmy w rytmie opowieści, żartów i tej niepowtarzalnej atmosfery, która pojawia się, gdy grupa ludzi zmierza w jednym kierunku i w jednym nastroju. Po drodze mijaliśmy strumienie o krystalicznie czystej wodzie, świerki, które trzeszczały w wietrze jak starzy gawędziarze, oraz leśne polany udające, że nic się tu nie dzieje, a przecież cały czas coś szumiało, ruszało się, pachniało i obserwowało nas z ukrycia.

Najśmielsi z nas podeszli do lodowatej, górskiej wody i postanowili zrobić krótki test odwagi. Zanurzenie stóp przypominało uścisk dłoni z listopadowym duchem zimy, ale śmiech i piski były tego warte. Można powiedzieć, że to było morsowanie w wersji demo: krótkie, treściwe i pobudzające bardziej niż espresso.

Do Smědavy dotarliśmy w świetnych humorach, z zapasem endorfin i wrażeniem, że dzień był jak długi, złoty wdech świeżego powietrza. Szlak znów zrobił to, co robi najlepiej: przewietrzył głowy, nastroił serca i przypomniał, że każda wyprawa to mała historia, którą warto opowiadać.

Relacja: Barbara Otrociuk

Zdjęcia: Marzena Drozdowska

Podziel się ze znajomymi!

W celu zapewnienia jak najlepszych usług online, ta strona korzysta z plików cookies.

Jeśli korzystasz z naszej strony internetowej, wyrażasz zgodę na używanie naszych plików cookies.