Spotkanie z Iwoną Rafałowską to inspirująca podróż od młodzieńczych marzeń o liceum plastycznym, które nie doczekały się realizacji, aż po prowadzenie własnej, tętniącej życiem pracowni ceramicznej i galerii w sercu Łomży. Nasza rozmówczyni udowadnia, że prawdziwa pasja – nawet odłożona na lata przez codzienne obowiązki, macierzyństwo i pracę logopedy – zawsze znajdzie swoją drogę.
Iwona Rafałowska, fot. archiwum prywatne
Odkrycie gliny okazało się dla niej powrotem do źródeł, do dziecięcej uważności czerpanej z natury. W rozmowie z nami artystka opowiada o odwadze, by porzucić stabilny etat na rzecz niepewnej, ale autentycznej drogi twórczej, o tym, jak trudna była decyzja o opuszczeniu rodzinnej Bogatyni oraz dlaczego jej łomżyńska pracownia stała się czymś więcej niż tylko miejscem pracy – azylem i ośrodkiem wspierającym kobiecą moc. Przeczytajcie o sile autentyczności, determinacji i o tym, jak rozruszać "skostniałe struktury" miasta. Zapraszamy do wywiadu z "Łomżanianką Roku".
Redakcja bogatynia.info.pl: Jesteś rodowitą bogatynianką. Jak wspomnienia z rodzinnego miasta, z okresu dorastania, wpłynęły na Twoją obecną drogę życiową i artystyczną? Czy myślisz czasem o powrocie do Bogatyni?
Iwona Rafałowska: Tak, jestem bogatynianką od urodzenia, mieszkałam w moim rodzinnym mieście do 21. roku życia. Mam wiele wspomnień z tego czasu i każde z nich jest dla mnie takim małym skarbem. Wszystko, co przeżyłam, czego doświadczyłam, odłożyło się we mnie: każda emocja, każde mocne wrażenie. Jestem wrażliwcem, który mocniej czuje, widzi, przeżywa - wszystko to zapisuje się we mnie i ma wpływ na moje działania twórcze.
Już jako młoda dziewczyna chciałam tworzyć, marzyłam o liceum plastycznym, jednak to marzenie się nie zrealizowało.
Nie myślę o powrocie do Bogatyni. Cała moja najbliższa rodzina jest ze mną tutaj, w Łomży. Prawie 10 lat temu moja mama przeprowadziła się tutaj, nasze mieszkanie zostało sprzedane - to już zamknięty rozdział. Jeśli bywam w Bogatyni - to najczęściej przejazdem. Odwiedzam wtedy groby moich bliskich.
Otrzymałaś tytuł „Łomżynianki Roku" w kategorii „Działalność Artystyczna i Kulturalna". Co oznacza dla Ciebie to wyróżnienie i jak wpłynęło ono na Twoje codzienne życie oraz plany zawodowe?
Jestem bardzo poruszona, że doceniono moją pracę. Pracuję z gliną prawie 10 lat, od czterech mam własną pracownię, a od półtora roku galeria i pracownia istnieją przy jednej z ulic Starego Rynku w Łomży. Te półtora roku było szalone, bardzo intensywne, pełne wyzwań. Nie wspiera mnie żadna instytucja finansowa, wszystko, co zrobiłam, zawdzięczam swojemu uporowi, wsparciu rodziny i ludziom, którzy są wrażliwcami jak ja i we mnie wierzą.
Wyróżnienie mnie statuetką „Łomżynianka Roku” jest wiatrem w moje żagle, cieszy i wzrusza. W życiu zawodowym pojawiło się kilka ciekawych możliwości współpracy. W życiu codziennym nadal jest, jak było, i nadal jestem sobą - cenię ciepło domowe i pielęgnuję bycie z rodziną i moim ukochanym psem: spaceruję, bałaganię, potem sprzątam. Nic nadzwyczajnego. Rozgłos związany z sukcesem to chwilowe zawirowanie, które bardzo doceniam, ale nim nie żyję.
Kiedy i w jakich okolicznościach odkryłaś swoją pasję do ceramiki? Co było impulsem do założenia Pracowni Ceramicznej IWAart w Łomży?
Nawet kiedy marzyłam o liceum plastycznym, nie przyszło mi do głowy, że zajmę się ceramiką. Bardziej pociągał mnie rysunek i malarstwo. Już w podstawówce realizowałam swoją pasję. Pamiętam, że pod koniec siódmej lub ósmej klasy zajęcia plastyczne miał z nami pan Szarawara - przemiły człowiek, który pozwalał nam wszystkim po prostu tworzyć. Były to jedne z najlepszych lekcji, jakie pamiętam. Czułam się na nich swobodnie i bezpiecznie, odpoczywałam.
Mniej więcej w tym samym czasie chodziłam na lekcje rysunku i malarstwa do pani Haliny Barań - bogatyńskiej malarki i pisarki, która uczyła mnie podstaw. Bardzo miło wspominam ten czas.
Ostatecznie złożyłam dokumenty do liceum bogatyńskiego - dlaczego? Życie, nic nadzwyczajnego. Rodzice nie do końca chcieli, żebym wyjeżdżała. Jako mama dwójki dzieci rozumiem te rozterki. Przez wiele lat nie miałam czasu na to, by zająć się tworzeniem. Szybko wyszłam za mąż, studiowałam i pracowałam jednocześnie, prowadząc dom i wychowując z mężem naszą córkę. Potem pojawił się syn i życie kręciło się wokół codziennych obowiązków. Kiedy dzieci zaczęły uczęszczać na zajęcia plastyczne, bywałam tam razem z nimi. Wtedy właśnie odkryłam glinę. I stało się! Najpierw lepiłam na warsztatach prowadzonych w Łomży, potem zaczęłam jeździć na kursy i warsztaty odbywające się w innych miastach. Ciągle było mi mało. Zrobiłam sobie pracownię w dużym pokoju, potem w piwnicy. Kupiłam piec do wypału ceramiki. W pracowni spędzałam każdą wolną wieczorną chwilę. W tym czasie pracowałam już w szkole, byłam logopedką. Wracając z pracy, wspólnie z mężem zajmowaliśmy się dziećmi, a wieczorem znikałam w pracowni i wracałam często w nocy lub nad ranem. Zmęczona, ale szczęśliwa, spałam kilka godzin i wstawałam do codziennych obowiązków. Byłam tak podekscytowana tym, co robię, że zaczęłam pokazywać moje prace na FB, a kiedy komuś się podobały, to wysyłałam je tej osobie, tak po prostu - to była dla mnie wielka radość!
Podczas pandemii podjęłam decyzję, że odchodzę ze szkoły - byłam zmęczona biurokracją i systemem edukacyjnym. Po dwóch latach od odejścia zdecydowałam się przenieść pracownię z piwnicy do samego centrum miasta. Ryzykowne, ale nie bałam się. Wiedziałam, że robię to, co kocham. Nie chciałam uczyć w szkole, nie chciałam mieć prywatnego gabinetu logopedycznego - chciałam lepić!
Nazwa Twojej pracowni to "IWAart inspiracja czerpana z natury". W jaki sposób przyroda inspiruje Twoją twórczość? Czy są jakieś konkretne formy, kolory lub miejsca, które najczęściej przekładasz na glinę?
Z natury czerpię od zawsze. Od najmłodszych lat pomagałam w ogrodzie mojej babci i mamie. Biegałam boso po trawie, patrzyłam w niebo, zbierałam liście, kamyki, muszle. Pewnie jak większość dzieci, bo mieliśmy najlepsze dzieciństwo, jakie mogliśmy sobie wyobrazić - bez telefonów, komputerów i miliona zajęć dodatkowych.
Lubiłam przyglądać się zwierzętom i roślinom, potrafiłam godzinami siedzieć na łące i słuchać życia wokół.
Już wtedy ćwiczyłam uważność, choć nie miałam o tym pojęcia. To było naturalne i wypływało z potrzeby odpoczynku czy zwolnienia tempa życia. Teraz słowo „uważność” jest bardzo rozchwytywane, ludzie odkrywają je i celebrują. I bardzo dobrze, bo pęd życia jest tak duży, że zapominamy o priorytetach. Po latach, będąc już dorosłą kobietą, sama musiałam się tego „zwalniania życia” ponownie uczyć, a glina jest najlepszą nauczycielką powrotu do źródeł. Wydobyta z ziemi, znana od tysięcy lat, niezmienna… Bardzo lubię jej kolor: piaskowy, antracytowy, czerwony - glina występuje w wielu kolorach i odcieniach, dlatego rzadko szkliwię moje prace, lubię ich naturalny kolor i chropowatość. Działam spontanicznie, najbardziej kocham formy organiczne, o miękkich, delikatnych kształtach. Tak powstała moja praca dyplomowa pt.: „Pamięć oddechu”. Przedmiotem pracy są obłe, sporych rozmiarów bryły organiczne, symbolizujące ludzki oddech - największy prezent od natury, wciąż tak bardzo niedoceniany.
Co skłoniło Cię do przeprowadzki z Bogatyni do Łomży i stworzenia tam swojego miejsca na ziemi oraz pracowni? Jak przyjęło Cię nowe miasto i lokalna społeczność?
To jest dla mnie bardzo trudne pytanie. Z jednej strony nie chciałam wyjeżdżać, było to dla mnie jedno z bardziej traumatycznych przeżyć, z drugiej czułam, że właśnie tu, w Łomży, mogę zbudować swoje życie - takie, jakiego pragnę. Nie miałam pojęcia, co mnie czeka i jak będzie, ale podjęłam decyzję wyjazdu z dnia na dzień i wyjechałam. Czekał tutaj na mnie mój przyszły mąż i praca. Nowe znajomości przyszły szybko, ale pierwsze lata w nowym mieście były dla mnie trudne. Tęskniłam. Bardzo. Przyjeżdżałam na wakacje, najpierw sama, potem z dziećmi. Ciągle tęskniłam.
Organizatorki Forum Kobiece Drogi wspominały o przebijaniu "szklanych sufitów". Czy na początku swojej drogi zawodowej w Łomży napotkałaś na jakieś szczególne trudności lub przeszkody? Co pomogło Ci je pokonać?
Wiara w słuszność mojej decyzji. Jeśli czuję, że podjęłam dobrą decyzję - nic mnie nie zatrzyma.
„Szklany sufit” - temat rzeka, zwłaszcza jeśli chodzi o kobiety. Wciąż jesteśmy postrzegane jako te słabe istoty, które sobie nie poradzą, mają gorsze dni, pomysły z księżyca i fanaberie. Przekonania o słabej płci, braku zdecydowania i możliwości działania nadal są często spotykane. Schematy, w jakich widzą nas zwłaszcza mężczyźni, są krzywdzące i przede wszystkim nieprawdziwe. Nie jesteśmy ani słabe, ani niezdecydowane. Nie wszystkie jesteśmy stworzone do bycia matkami, nie wszystkie marzymy o prowadzeniu domu. Za to miewamy pomysły, które potrafią zmieniać świat, mamy możliwości i moc w sobie, które potrafią jednoczyć, pomagać, tworzyć.
„Szklanym sufitem” bardzo często jest brak wiary w siebie, ale też brak wsparcia wśród najbliższych. Kiedy kobieta słyszy z ust najbliższych, że jej działania nie mają sensu, że lepiej niech zostanie na etacie lub że w głowie się jej poprzewracało - to utrzymanie się w swojej decyzji jest dla niej bardzo karkołomnym wyzwaniem.
Spotkałam się ze wszystkim, co tu opisałam. Czasami było bardzo trudno, ale się nie poddałam, bo wierzyłam w słuszność mojej decyzji. Dałam sobie szansę.
Podczas Forum podkreślano wartość autentyczności. Jak przekłada się to na Twoją pracownię i interakcje z klientami/uczestnikami warsztatów? Czy w ceramice autentyczność jest kluczowa?
Autentyczność to podstawa - bez niej nie zaczynają się albo szybko kończą ludzkie relacje. Bolesne to słowa, ale najprawdziwsze. Bycie sobą i ze sobą, dla siebie i innych, to szczerość, życzliwość, wiarygodność, uczciwość. Wszyscy się tego uczymy, bo nie raz nam to gdzieś ucieka - ale dopóki się uczymy i realizujemy, to jest szansa na dobre życie.
Autentyczność jest kluczowa w każdej dziedzinie życia, nie tylko w ceramice. Tylko tak można pokazać to, co w człowieku siedzi.
Chyba tak w życiu jest, że podobne przyciąga podobne, więc pracownia tętni energią ludzi podobnych trochę do mnie. Miejsce pełne ciepła i zrozumienia - tak mówią, a ja się cieszę. Lepienie to moja pasja i praca, spotkania z ludźmi i dla ludzi to moja misja.
Wyróżnienie otrzymałaś za ubogacanie miasta. W jaki sposób działalność Pracowni IWAart wpływa na życie kulturalne i społeczne Łomży? Czy prowadzisz warsztaty i czy ceramika może być formą terapii lub rozwoju osobistego?
To świetne pytanie. Uśmiecham się do siebie, bo pierwsza odpowiedź, jaka przychodzi mi do głowy, to ta, że rozruszałam w mieście skostniałe struktury kulturalne. Noce Muzeów oferują więcej, podczas wernisaży w innych galeriach odbywają się kameralne koncerty, otwiera się nowa galeria, ludzie mają coraz większy wybór możliwości spędzania wolnego czasu. To mnie ogromnie cieszy - im więcej jest miejsc oferujących możliwość uczestnictwa i tworzenia sztuki, tym lepiej. Nie boję się konkurencji. Zresztą, co to znaczy? Każdy artysta tworzy, jak mu serce podpowiada, a każdy nabywca kieruje się sercem przy wyborze, zatem każdy znajdzie to, czego potrzebuje, bez jakiejkolwiek straty dla innych.
Jeśli chodzi o moją pracownię, to odbywają się tu warsztaty ceramiczne dla dzieci, młodzieży i dorosłych. W planach mamy także warsztaty florystyczne i mnóstwo innych, rozwijających kreatywność, motorykę i wyobraźnię, a przede wszystkim dających radość uczestnikom i prowadzącym. Czasami organizujemy urodziny, nie tylko dla dzieci, oraz spotkania okazjonalne, np.: Wieczór Walentynkowy z lepieniem i kolacją.
W galerii organizowane są wernisaże, wystawy ceramiczne, plakatowe, fotograficzne i inne, wieczory literackie i przyrodnicze, spotkania tematyczne dotyczące Włoch czy Francji, mające oprawę kulinarno-muzyczną, kameralne koncerty, kręgi kobiet, spotkania Kobiet Przedsiębiorczych, spotkania Łomżyńskiej Rady Kobiet oraz spotkania osób wspierających pro bono działalność mojej galerii.
Wszystkie te działania wspierają rozwój osobisty kobiet i są formą terapii. Zawiązują się tu przyjaźnie i bliskie znajomości. Kobiety wracają tu, gdy potrzebują wytchnienia od obowiązków domowych, gdy mają kłopoty lub potrzebują podzielić się czymś ważnym. Tutaj świętują swoje sukcesy. Ładują swoje baterie. Rozmawiają albo milczą. Czują się bezpiecznie i wychodzą stąd mocniejsze. I to jest właśnie cel tego miejsca - budować w nas, kobietach, tę moc, byśmy mogły żyć pełnią życia.
Pojawiła się refleksja o możliwości ustanowienia podobnej nagrody w Bogatyni. Jakie według Ciebie są kluczowe korzyści z uhonorowania osób aktywnych i utalentowanych w małej społeczności?
Dobre pytanie. Wszystko zależy od społeczności, a głównie od włodarzy miasta, czy są otwarci na współpracę, czy tylko tworzą kolejny konkurs z uściśnięciem dłoni i nijak się to nie przełoży na jakiekolwiek wspólne działania.
Na pewno zyskuje się popularność i rozgłos, dociera się do społeczności lokalnej, poznaje ludzi i wtedy wzrasta szansa na współtworzenie nowych obszarów działalności.
Tworzy się tzw. networking, który otwiera możliwości nie tylko współpracy, ale i nowych, fantastycznych znajomości – tak po ludzku to napiszę. Poznajemy ludzi, spędzamy z nimi czas – to takie ważne!
Jakie są Twoje najbliższe plany i marzenia związane z Pracownią IWAart? Czy myślisz o nowych projektach, współpracy artystycznej, a może o nawiązaniu kontaktu ze środowiskiem artystycznym w Bogatyni?
Najbliższy plan to usiąść sam na sam z gliną i dać upust emocjom. Od II Forum Kobiet „Kobiece Drogi” w Łomży nie miałam czasu na tworzenie. Zaraz po forum wyjechałam z córką, potem była organizacja włoskiego wieczoru, teraz mam przeziębienie. Czekam na zwykły, szary dzień. Cenię je ogromnie: brak pośpiechu, dobra kawa, muzyka w tle, glina.
Pojawiły się nowe, inspirujące projekty, możliwości wystaw i współprace, więc będzie co robić. Zbliża się także czas świąt, najgorętszy czas dla ceramików – będzie dużo pracy i dużo spotkań.
Pomysł nawiązania kontaktu ze środowiskiem artystycznym jest bardzo ciekawy, chętnie się zaangażuję, a jeśli Bogatynia podejmie się organizacji konkursu „Bogatynianka Roku” - to będzie świetnie! Wiem, że w Bogatyni i okolicach jest dużo kobiet z pasją! Przyjadę i będę miała możliwość poznać je osobiście!