Gdyby za każdą zjedzoną w grudniu pierogową porcję przyznawano punkty w rankingu samorządowym, nasza gmina byłaby potęgą na skalę europejską. Sprawdziliśmy, jak wygląda „maraton opłatkowy” burmistrza oraz przewodniczącej Rady Miejskiej i mamy jedną radę: nie próbujcie tego w domu.

Jedno ze spotkań przedświątecznych, fot. UMiG Bogatynia 

Grudzień dla przeciętnego mieszkańca to czas walki z kolejkami w marketach i poszukiwania brakującego światełka na choince. Ale dla burmistrza? To ekstremalna dyscyplina sportowa, którą roboczo nazwaliśmy „Wigiliathlonem”.

Spójrzmy na liczby, bo one nie kłamią. W ciągu zaledwie 13 dni burmistrz uczestniczył w 23 oficjalnych wydarzeniach świątecznych, z których każde było udokumentowane w mediach. To średnio niemal dwa spotkania dziennie, wliczając weekendy! Rekord padł 13 grudnia – burmistrz pojawił się w sześciu różnych miejscach. Można zażartować, że trudno jest posiąść rzadką umiejętność jedzenia barszczu w biegu bez poplamienia białej koszuli. To nie koniec. Tylko dziś były kolejne dwie "wigilie".

Wojciech Dobrołowicz w niecałe dwa tygodnie przeszedł przez kulinarną mapę gminy. Od makówek w Markocicach, przez pierniki w OSiR-ze, aż po wigilijne przysmaki Kół Gospodyń Wiejskich. Eksperci ds. żywienia zachodzą w głowę: jak po przyjęciu takiej dawki domowego ciasta i wigilijnych uszek wciąż mieścić się w garnitur? 

Harmonogram burmistrza w połowie grudnia przypominał tablicę odlotów na lotnisku Heathrow. Rano spotkanie z certyfikowanymi bibliotekarzami, po południu wizyta u Sybiraków, a wieczorem wspólne kolędowanie z „Działoszyniankami”. Do tego dochodziły spotkania z Klubem Puszystych oraz „Złotym Czepkiem” (gdzie burmistrz otrzymał dyplom, prawdopodobnie za przeżycie tego maratonu w dobrym zdrowiu).

Mówi się, że Święty Mikołaj ma ciężko, bo musi obskoczyć cały świat w jedną noc. Mikołaj ma jednak przewagę – ma magiczne sanie i latające renifery. Nasz burmistrz musi polegać na lokalnych drogach i własnej kondycji.

Poważnie o uśmiechach

Choć żarty się nas trzymają, trzeba przyznać jedno: tempo jest mordercze, ale efekt imponujący. Widok burmistrza, który jednego dnia rozświetla choinkę w centrum, a drugiego maluje pierniki z niepełnosprawnymi sportowcami, przypomina nam, że w samorządzie nie chodzi tylko o paragrafy, ale o bycie tam, gdzie są ludzie, gdzie ciepło i i świąteczne usciski.

Burmistrzowi życzymy wytrwałości do samej Wigilii. A Państwu radzimy: jeśli spotkacie go na ulicy, nie proponujcie mu już barszczu. Dajcie mu po prostu chwilę usiąść i odpocząć.

Podziel się ze znajomymi!

W celu zapewnienia jak najlepszych usług online, ta strona korzysta z plików cookies.

Jeśli korzystasz z naszej strony internetowej, wyrażasz zgodę na używanie naszych plików cookies.