Pan Marek Łożyński to postać, której nie trzeba przedstawiać bogatynianom. To miejsce jego dzieciństwa i młodości, a jak sam mówi, dla każdego to najpiękniejszy czas. Marek Łożyński, emerytowany nauczyciel nauczania początkowego, od lat z uwagą obserwuje losy regionu. Mimo że nie mieszka już na naszym terenie, jego serce wciąż bije dla Bogatyni, a historia, którą zajmuje się hobbystycznie, pozwala mu na cenne, a często krytyczne spojrzenie z dystansu. W tym wywiadzie Pan Marek podzieli się swoimi spostrzeżeniami na temat przeszłości, teraźniejszości i przyszłości Bogatyni, skupiając się na tym, co należy ocalić, a co wciąż czeka na odkrycie.
To zdjęcie przedstawia dzieci podczas zajęć z płukania minerałów w Szklarskiej Porębie. Jest to sposób na kultywowanie tradycji średniowiecznych poszukiwaczy złota i minerałów, zwanych Walończykami, którzy przed wiekami przemierzali te tereny. W ten sposób najmłodsi poszukują kamieni półszlachetnych w piasku, który jest wypłukiwany przez strumień wody.
Redakcja: Panie Marku, zacznijmy od początku. Jakie wydarzenia i okresy historyczne uważa Pan za najważniejsze w dziejach Bogatyni i co, według Pana, powinno być najmocniej eksponowane w lokalnej pamięci?
Marek Łożyński: Najważniejszy był oczywiście moment założenia osady. Zapewne decydujące znaczenie miały tu szlaki kupieckie. Założenie osady i budowa zamku w Trzcińcu to praktycznie ta sama data i nie sądzę, by było to przypadkowe. Następne ważne wydarzenie to oczywiście początki wydobycia węgla brunatnego na skalę przemysłową. Sądzę, że chałupniczo wydobywano go setki lat wcześniej.
Redakcja: Czy Bogatynia potrafi w pełni wykorzystać swoje unikalne położenie przy granicy trzech państw w promocji historycznej i turystycznej?
Marek Łożyński: Mam wątpliwości... Mama wbiła mi kiedyś do głowy cenną zasadę, że sąsiadów warto traktować jak dobrą rodzinę. Czy tak jest? Myślę, że Pan wie lepiej. Jeśli chodzi o promocję historyczną, to tereny po niemieckiej stronie od Nysy i u nas, aż do Kwisy, to Łużyce. Zabytkowe budownictwo i historia to nasze wspólne dziedzictwo.
Redakcja: A jak z perspektywy lat ocenia Pan stan ochrony dziedzictwa kulturowego w Bogatyni? Czy coś szczególnie zaniedbano, a co udało się ocalić?
Marek Łożyński: W Bogatyni zjawiłem się w 1968 roku, gdy mój ojciec przejął budynki dawnego szpitala z przeznaczeniem na Państwowy Dom Dziecka. Do matury z przerażeniem obserwowałem, jak powoli, jeden za drugim, znikają domy przysłupowe i szachulcowe, tak charakterystyczne dla naszego regionu. Pamiętna powódź też sporo ich zniszczyła. Co do ochrony zabytków, to lata skandalicznych zaniedbań i moim zdaniem działań na szkodę ważnych dla historii obiektów. Dwa przykłady: naprzeciw Szkoły Podstawowej nr 1 znajdowała się wiekowa karczma z pokojami gościnnymi. Dziś jest w kompletnej ruinie. Jakimś cudem wyburzono też „Karczmę Twardowski”, wcześniejszą „Cafe Romę”. Budynek zebrań miejscowej społeczności z historią sięgającą XVIII wieku. Gdzie był wtedy Wojewódzki Konserwator Zabytków? Według mnie powinien był obronić ten historyczny budynek. Zresztą po wojnie lokal restauracji był scenografią kilku powojennych polskich filmów. Kościół w Zatonii podpalili, przypuszczam dla zabawy, młodociani chuligani. Nikt go nie pilnował… Mamy kolejne „romantyczne ruiny”, eufemizm często przykrywający brak opieki nad zabytkami i zaniedbania.
Redakcja: Wspomina Pan często o zapomnianych zabytkach. Jaką rolę w budowaniu lokalnej tożsamości mogłyby odegrać ruiny zamku w Trzcińcu, ruiny kościoła w Zatonii czy dom bramny w Działoszynie?
Marek Łożyński: Historia tego miejsca, czyli ruin zamku w Trzcińcu, jest dużo starsza niż samego zamku. Na tym terenie niemieccy archeolodzy odkryli cmentarzysko z przełomu tysiącleci. Zabytki z tego cmentarzyska znajdują się, i tu nie jestem pewien, albo w Zittau, albo w Görlitz. Warto to sprawdzić. Ciekawym potwierdzeniem istnienia tego cmentarzyska była moja mała przygoda podczas penetrowania tych ruin w latach siedemdziesiątych. Otóż w czasach średniowiecznych do wapiennej zaprawy murarskiej wrzucano pokruszone garnki gliniane, pokruszone kości, białko kurzych jaj, dolewano krew itd. Ja w zachowanej piwniczce z zaprawy wydłubałem ludzki ząb – autentyczność potwierdziła pani stomatolog, doktor Elżbieta Łyczkowska – i odcisk kciuka na fragmencie glinianego garnka. Moim zdaniem, żeby to miejsce przyciągało turystów, trzeba odsłonić fundamenty zamku, odkryć i oczyścić tę gigantyczną studnię i zamiast betonowej płyty zabezpieczyć ją solidną kratą. Na dnie tej studni z całą pewnością znajdują się niespodzianki z okresu 1260–1399 i z oblężenia tej zbójeckiej siedziby przez Związek Miast Łużyckich.
A, jeszcze jedna zapomniana pamiątka z przeszłości. Wprawdzie kilkanaście kilometrów od Bogatyni, ale bardzo interesująca. Otóż w murze obwodowym kościoła w Radomierzycach znajduje się całopostaciowe epitafium z 1313 roku, najstarszy taki zabytek na Dolnym Śląsku. Przedstawia rycerza Lassowa. To te same czasy co zamek w Trzcińcu.
Co do Torhausu w Działoszynie, to istnieje prawo, którego służby jakoś nie wykorzystują. Każdy właściciel zabytku jest zobowiązany dbać o niego pod rygorem kary administracyjnej. Gdyby ktoś naprawdę chciał, są prawne sposoby, by nakłonić tego upartego właściciela do działania.
Redakcja: Jak widzi Pan przyszłość bogatyńskich domów przysłupowych – czy są one bardziej atrakcją turystyczną, czy raczej symbolem ginącej tradycji?
Marek Łożyński: Teraz, kiedy jeszcze funkcjonuje kopalnia i elektrownia, należy ratować, co się da, z tej zabytkowej łużyckiej zabudowy. To zaprocentuje kiedyś, gdy wyrobisko pokopalniane wypełni się wodą, a Bogatynia, Opolno i inne miejscowości staną się atrakcyjne turystycznie.
Redakcja: Bogatynia coraz częściej mówi o sobie jako o „stolicy domów przysłupowo-zrębowych”. Czy uważa Pan, że ta idea ma potencjał, aby stać się marką miasta i całego regionu?
Marek Łożyński: Oczywiście, tak. Myślę, że ta idea ma wielki potencjał, by stać się marką.
Redakcja: Jakie miejsca lub opowieści z historii Bogatyni mogłyby być najciekawsze dla młodzieży i turystów, tak by łączyły edukację z emocjami?
Marek Łożyński: Myślę, że właśnie takie miejsca jak ruiny zamku w Trzcińcu, a także opowieści o początkach wydobycia węgla. Ważne, by historia nie była suchą lekcją, a czymś, co można przeżyć.
Redakcja: Jakie inicjatywy historyczno-kulturalne mogłyby sprawić, że Bogatynia przestanie być postrzegana tylko przez pryzmat kopalni i elektrowni, a zacznie być doceniana także jako region o bogatej przeszłości?
Marek Łożyński: Trzeba przede wszystkim ratować to, co mamy, i udostępniać miejsca z historią. Nie ma nic gorszego niż ruina, która jest ukryta przed światem.
Redakcja: I na koniec, z Pana doświadczenia – jak młodzież postrzega historię tego regionu? Czy tematy związane z przeszłością niemiecką czy łużycką są dla nich atrakcyjne, czy raczej trudne do przyjęcia?
Marek Łożyński: Dawno nie miałem kontaktu z młodzieżą z Bogatyni, ale wielką rolę do odegrania w kwestii zainteresowania historią „małej ojczyzny” mają ich nauczyciele: historii, języka polskiego i plastyki. Wiem z doświadczenia, że wspólna praca przy jakimś zabytku, pod okiem fachowców, potrafi dać znakomite efekty. Pokazanie, że historia to coś namacalnego i realnego, zawsze działa.