Bogatynia, miasto od lat kojarzone z energetyczną potęgą i Kopalnią Turów, od pewnego czasu mierzy się z problemem znacznie głębszym niż węgiel – kryzysem lokalnego przywództwa i zaufania publicznego. Seria wstrząsających wydarzeń, od zatrzymania byłego burmistrza w związku z podejrzeniami o kupowanie głosów, po niemal całkowity brak lokalnego zakorzenienia obecnej elity władzy, maluje obraz gminy, w której mieszkańcy czują się coraz bardziej odsunięci od procesów decyzyjnych.
Fot. grafika komputerowa
Nie da się mówić o Bogatyni bez przypomnienia niedawnej historii. Zatrzymanie byłego burmistrza oraz doniesienia o aferze związanej z kupowaniem głosów (tzw. afera „głosowa”) uderzyły w fundamenty lokalnej demokracji.
Skandal ten podważył wiarę w uczciwość wyborów i stał się gorzkim symbolem tego, jak łatwo można manipulować lokalną władzą i zaufaniem. Kontekst ten w naturalny sposób osłabił także aspiracje tych nielicznych, którzy chcieli realnie zawalczyć o miasto i przyczynił się do braku silnych lokalnych liderów.
Ten brak silnej, lokalnej reprezentacji widać również na innych szczeblach nie tylko politycznych. Porażka kandydatów mocno związanych z Bogatynią w wyborach jest symptomatyczna. Dlaczego mieszkańcy regionu, choć blisko emocjonalnie związani z lokalnymi problemami, nie zdołali się przebić? Czy przyczyną jest brak środków, niewystarczająca rozpoznawalność, czy może wspomniane już zmęczenie i zniechęcenie mieszkańców kolejnymi skandalami? Wydaje się, że wieloletnie lokalne turbulencje i cienie rzucane przez afery sprawiły, że elektorat poszukuje zmian i stabilności, często poza lokalnymi strukturami.
Problem braku lokalnego przywództwa manifestuje się w niezwykle konkretny sposób: niemal wszystkie kluczowe osoby funkcyjne – z burmistrzem, jego zastępcami, prezesami najważniejszych spółek miejskich na czele – pochodzą spoza Bogatyni.
Jak informował portal bogatynia.info.pl w artykule pt. „Gdzie mieszkają włodarze Bogatyni? Były kandydat na burmistrza domaga się transparentności”. Wojciech Dobrychłop, złożył skargę po tym, jak obecny burmistrz, Wojciech Dobrołowicz, odmówił mu podania miejscowości zamieszkania kluczowych urzędników. Temat wciąż trwa.
Dobrychłop słusznie argumentuje, że poznanie miejscowości, z których pochodzą decydenci, jest kluczowe dla interesu publicznego i budowania zaufania. Jak sam podkreśla:
„Mieszkańcy mają prawo wiedzieć, czy osoby, które decydują o ich przyszłości, są lokalnie zakorzenione i rozumieją specyfikę gminy, czy też są to ‘zewnętrzni’ decydenci.”
Oczywiście, fakt, że osoba jest spoza miasta, nie dyskwalifikuje jej jako kompetentnego i uczciwego menedżera czy urzędnika. Wiele miast korzysta z "zewnętrznej" wiedzy i świeżego spojrzenia. Problem pojawia się jednak, gdy lokalni liderzy nie mają szans na awans, albo tego awansu nie chcą.
Brak lokalnego zakorzenienia przekłada się na mniejsze emocjonalne zaangażowanie w przyszłość wspólnoty. To właśnie ten punkt jest najbardziej palący w kontekście kluczowym dla Bogatyni.
Bogatynia stoi w obliczu historycznej transformacji – stopniowego odchodzenia od węgla i przyszłego zamknięcia kopalni Turów. To temat egzystencjalny dla tysięcy mieszkańców.
Paradoksalnie, najgłośniej i najaktywniej martwią się o los bogatynian i regionu często osoby, które na co dzień tu nie mieszkają. Czy są to politycy krajowi, aktywiści z odległych miast, czy nawet "zewnętrzni" eksperci – ich głosy dominują w debacie o przyszłości, podczas gdy samorząd, zdominowany przez osoby spoza gminy, wydaje się bardziej zainteresowany obroną przed wnioskami o jawność niż otwartym dialogiem z mieszkańcami.
Jeżeli o transformacji energetycznej, o przyszłości szkół, szpitali i przedsiębiorstw decydują osoby, których bezpośrednio nie dotknie los Bogatyni po zamknięciu Turowa, czy możemy mówić o autentycznym reprezentowaniu interesów mieszkańców? Czemu nie chcą się zaangażować sami mieszkańcy? Cała ta sytuacja jest poważnym testem dla lokalnej społeczności.
Czy Bogatynia jest gotowa obudzić własne, lokalne przywództwo? Co Państwo, Drodzy Mieszkańcy, o tym wszystkim myślicie? Czy czujecie się reprezentowani przez obecne władze? Czy lokalność ma dla Państwa znaczenie w polityce samorządowej i życiu codziennym małej wspólnoty? Może tak jest lepiej, prościej?