Czy współpraca na styku trzech granic to jedynie urzędnicze schematy i kurtuazyjne uściski dłoni, czy może autentyczna, międzyludzka więź, która przetrwała nawet czas zamkniętych granic? O ewolucji „Małego Trójkąta”, barierach, które powoli znikają w głowach młodego pokolenia, oraz o tym, dlaczego warto patrzeć sąsiadowi w oczy, a nie na jego paszport, rozmawiamy z Mirosławem Drewniackim, nowym Przewodniczącym Rady Trialogu.

Mirosław Drewniacki na posiedzeniu Rady Trialogu, fot. archiwum M. Drewniacki

Od ponad dwóch dekad Bogatynia, Hrádek nad Nisou i Zittau próbują wypracować wspólną wizję rozwoju, mierząc się z podobnymi problemami gospodarczymi i społecznymi. Choć przez te lata relacje przechodziły różne fazy – od intensywnego zacieśniania więzi, przez polityczne zawirowania, aż po kuriozalne narady na granicznym mostku w czasie pandemii – dziś region stoi przed nowym wyzwaniem.  

Gościem wywiadu jest postać nietuzinkowa: były Naczelnik Wydziału Współpracy z Zagranicą, a obecnie nauczyciel w niemieckim gimnazjum, trener rozwoju osobistego i pasjonat grafologii. Jako człowiek na co dzień zanurzony w wielokulturowości, objął funkcję Przewodniczącego Rady Trialogu – nowej inicjatywy, która ma oddać głos samym mieszkańcom i wesprzeć realne projekty obywatelskie.  

W rozmowie nasz gość szczerze ocenia charakter transgranicznej współpracy, tłumaczy, dlaczego język angielski staje się nowym pomostem dla młodzieży i proponuje prosty „trening mentalny”, który pomoże nam wszystkim poczuć się u siebie – niezależnie od tego, po której stronie granicy akurat robimy zakupy.  O powołaniu Rady pisaliśmy już w artykule Nowy rozdział współpracy: powołano Radę Trialogu Małego Trójkąta.

Rada Trialogu, fot. archiwum M. Drewniacki 

bogatynia.info.pl: Objął Pan funkcję Przewodniczącego Rady Trialogu, ale świat pogranicza zna Pan od lat, m.in. jako były Naczelnik Wydziału Współpracy z Zagranicą w bogatyńskim urzędzie. Jak z tej perspektywy ocenia Pan ewolucję Trójstyku – czy dzisiejsza formuła to realne nowe otwarcie, czy raczej kontynuacja urzędniczych schematów?

Mirosław Drewniacki: O rozwoju Trójstyku możemy mówić w zasadzie od momentu podpisania oświadczenia miast Bogatyni, Hradka Nad Nysą i Zittau przez ówczesnych burmistrzów w roku 2001.To właśnie wtedy pierwszy raz wspólnie przyznaliśmy, że leżąc u styku trzech granic mamy podobne problemy gospodarcze, infrastrukturalne, komunikacyjne, socjalne i ekologiczne. Wtedy też zadecydowano o powstaniu Związku Miast „Mały Trójkąt”. Ideą było stworzenie struktury, która będzie pomocna w wypracowywaniu transgranicznych koncepcji na rzecz wspólnego rozwoju. Od tego czasu minęło niespełna 25 lat. To szmat czasu, pełen żywej, ciekawej i pożytecznej pracy, przeplatanej również różnymi zawirowaniami politycznymi. Nie chcę się tu bardzo zagłębiać, ale był też taki czas, kiedy nasze miasto nie było zainteresowane tą współpracą i doszło nawet do tego, że Hradek nad Nysą musiał szukać partnerów o wiele dalej. O ile sobie dobrze przypominam, współpracował przez jakiś czas z miastem Bolesławiec. Od końca 2018 roku trzeba było odnawiać i zacieśniać kontakty z naszymi partnerami ze strony czeskiej i niemieckiej. Wtedy też intensyfikowaliśmy działania po trzech stronach, wróciliśmy do wspólnych projektów z Euroregionu Nysa, przede wszystkim tych miękkich. Zależało nam na odbudowaniu i rozwinięciu relacji między ludźmi. Realizowaliśmy projekty dla seniorów, sportowców i przedszkoli. Potem przyszedł Covid i część działań utknęło w miejscu. Nie było wolno nam się przemieszczać. Wszyscy pamiętamy tamten czas. Jednak dla chcącego nie ma rzeczy niemożliwych. I tak jedną z grup roboczych postanowiliśmy zorganizować na mostku w Kopaczowie-Oldrichovie, pod osłoną polskiej armii, która „strzegła” wtedy naszych granic przed „chorobą”. To była kuriozalna sytuacja. Mieliśmy rozłożony stolik z dokumentami i trzema flagami dokładnie na granicy. My siedzieliśmy po swojej, Czesi po swojej stronie. Niemiecka strona niestety nie mogła wziąć udziału w tej naradzie, z wiadomych względów. Grupa robocza się jednak odbyła.

Spotkanie na mostku w Kopaczów, fot. archiwum M. Drewniacki

Czy Związek Miast „Mały Trójkąt” to urzędniczy schemat? W pewnym sensie tak, ale zapisy umowy zmuszają niejako do regularnych kontaktów urzędników ze wszystkich stron w celu planowania realnej współpracy. Nowy międzynarodowy twór, jakim jest Rada Trialogu wpisuje się trochę w tę koncepcję, nie mniej jednak, jako kolejny etap zapoczątkowanego w 2022 r. projektu „Common Ground” daje możliwość większej partycypacji obywateli Trójstyku w to, co realnie dzieje się i będzie się dziać na tym terenie. To bardzo ważne, szczególnie w dobie dokonującej się na naszych oczach transformacji energetycznej.

Na co dzień pracuje Pan w niemieckim Augustum-Annen-Gymnasium i określa się mianem pasjonata języków oraz rozwoju osobistego. Jak to codzienne zanurzenie w innej kulturze wpływa na Pana postrzeganie barier granicznych? Czy z perspektywy nauczyciela i trenera widzi Pan u młodych ludzi większą otwartość niż u pokolenia decydentów?

Oczywiście. Dzisiejsze młode pokolenie w zupełnie inny sposób patrzy na sąsiada zza miedzy. Aktualnie częściej jest to teraz kolega, koleżanka, partner z wymiany szkolnej, uczestnik wspólnie organizowanego koncertu. To klient sklepu czy restauracji, mijany w parku przechodzień, uczestnik ruchu drogowego, np. rowerzysta. Młody człowiek nie ocenia już drugiego przez pryzmat przeszłości, np. II wojny światowej czy czasów komunizmu. To nie znaczy oczywiście, że stereotypy Polaka, Niemca czy Czecha zupełnie zniknęły. One wciąż istnieją i być może zawsze będą z nami. Barierą nadal pozostaje język, choć w dużo mniejszym stopniu, jak kiedyś. Większość młodych ludzi, szczególnie uczniów szkół średnich biegle posługuje się językiem angielskim. Tak, tak. Zabawne są sytuacje, kiedy podczas projektów polsko-czeskich czy polsko-niemieckich, a także trójstronnych, szybko językiem wymiany staje czwarty język - angielski. To przecież taka naturalna sytuacja, nieprawdaż? (śmiech) Musze jednak z dumą przyznać, że np. w szkole, w której uczę, wielu niemieckich uczniów wybiera język polski jako drugi język obcy (po angielskim), a część z nich, co może wydawać się dość zaskakujące, z sukcesem zdaje maturę z języka polskiego. Wielu młodych widzi potrzebę nauki języka sąsiada. To dobry prognostyk. Dlatego uważam, że to właśnie w młodym pokoleniu największa nadzieja na udaną współpracę międzynarodową. Różnice kulturowe są dziś coraz częściej wzbogaceniem naszego życia, a nie problemem. To jedność w różnorodności, jak tytuł jednego z projektów, który koordynowałem jeszcze jako naczelnik w bogatyńskim magistracie. Oczywiście ktoś mógłby teraz powiedzieć, że to nie jest norma i ciągle mamy do czynienia z nieprzyjemnymi incydentami po każdej ze stron. Tak, rzeczywiście tak jest, są to jednak rzadkie przypadki, które są nagłaśniane w prasie, telewizji czy w social mediach, w myśl obowiązującego trendu „im gorzej, tym ciekawiej i tym większe zasięgi”.

Jako zdeklarowany optymista, jak reaguje Pan na głosy sceptyków, które często pojawiają się choćby na portalu Bogatynia.info.pl? Pytania typu „A co nas obchodzi Hrádek czy Żytawa?” są częste – jak zamierza Pan przekonać mieszkańców, że sprawy sąsiadów mają bezpośredni wpływ na ich jakość życia?

Ja w ogóle nie zamierzam nikogo do tego przekonywać. Tak po prostu jest. I być może kogoś nie obchodzą sprawy Hradka czy Zittau, ale to przecież nasza proza życia. My się po prostu przenikamy na każdym niemal kroku. Czechów spotykamy na co dzień w Biedronce, Niemców na stacji benzynowej. Do Niemiec jeździmy często po lepsze jakościowo produkty, w Czechach kupujemy czeskie piwo czy ichnie pachnące „rochliky”. Przejeżdżamy przez Czechy jadąc do Świeradowa lub Jeleniej Góry, jeździmy po czeskich i niemieckich drogach rowerowych, których u nas jeszcze jak na lekarstwo. Uczęszczamy na koncerty, chodzimy na sztuki teatralne, co rok, wspólnie świętujemy na styku trzech granic w Porajowie wejście Polski i Czech do Unii Europejskiej i w końcu... coraz większa część mieszkańców gminy Bogatynia jeździ do pracy do Niemiec i Czech. Nie zapominajmy też o polsko-czeskich czy polsko-niemieckich związkach, małżeństwach. Są i tacy, co wyprowadzili się z Bogatyni i okolic i zasiedlili pobliskie miejscowości po drugiej stronie granicy. Czy mam wymieniać dalej? To wszystko wpływa na jakość naszego życia. Jeśli ktoś nie chce korzystać z dobrodziejstwa i różnorodności tego regionu, jego sprawa i jego prawo. Szkoda jednak nie wykorzystywać możliwości, jakie daje nam miejsce, w którym żyjemy. Ponadto najlepszą integrację budują sami mieszkańcy poprzez wspólne zakupy, wizyty w restauracjach czy korzystanie z usług. To ludzie sami budują mosty szybciej niż jakiekolwiek oficjalne projekty.

Czy Rada Trialogu zamierza te naturalne procesy wspierać?

Rada Trialogu została powołana głównie po to, aby wspierać regionalne planowanie przyszłości pogranicza, w szczególności promować projekty społeczeństwa obywatelskiego, które można zrealizować w krótkim czasie. Stąd też budżet 18000 euro z przeznaczeniem na mikroprojekty, które już mogą realizować stowarzyszenia, związki czy zrzeszenia obywateli. Mamy nadzieję na liczny udział i ciekawe pomysły. My jako Rada jesteśmy od tego, aby je ocenić i wybrać do finansowania te najciekawsze i najlepsze zgodnie z wytycznymi. Będziemy zatem wspierać te procesy.

Czy w Pana ocenie współpraca transgraniczna w "Małym Trójkącie" obecnie faktycznie rozkwita, czy może po latach oficjalnych uścisków dłoni dopadł nas pewien kryzys i rutyna?

Ująłbym to tak. Współpraca w „Małym Trójkącie” ma się dobrze. Burmistrzowie, naczelnicy, kierownicy i w końcu urzędnicy nie są od tego, aby zmuszać kogoś do współpracy. Ich rolą jest zachęcać i stwarzać ku temu warunki. A uściski, które często widujemy na zdjęciach z oficjalnych spotkań są mocne i, mam nadzieję, szczere. Kryzysu nie dostrzegam, a rutyna nie jest tu niczym złym. Rutyna wzmacnia nasze więzi.

Ma Pan unikalny wgląd w relacje polsko-niemiecko-czeskie. Czy ta wzajemna sympatia na pograniczu jest Pana zdaniem autentyczna i głęboka, czy wciąż opiera się głównie na uprzejmej, dyplomatycznej poprawności?

Powiedziałbym, że na naszym pograniczu mamy do czynienia z dwoma poziomami relacji. Z jednej strony jest uprzejmość, poprawność, pewien dyplomatyczny standard i to jest naturalne, szczególnie w kontaktach oficjalnych czy instytucjonalnych. Ale to nie jest cała prawda o naszym Trójstyku. Równolegle istnieje drugi poziom, poziom codzienny, ludzki, nieformalny. I tam ta sympatia jest już bardziej autentyczna. Ona rodzi się nie przy stole konferencyjnym, tylko przy wspólnym projekcie, na wycieczce, na boisku, w szkole, na zakupach czy podczas zwykłej rozmowy. Im częstszy kontakt, tym mniej miejsca na dystans i stereotypy. Ale nie idealizujmy. To nie jest tak, że wszyscy się lubią i wszystko działa bez zgrzytów. Są różnice, są jeszcze uprzedzenia, czasem zwykła rezerwa. Ale sądzę, że jesteśmy w procesie. I co ważne, to jest proces w dobrym kierunku. Dlatego nie nazwałbym tej sympatii ani wyłącznie powierzchowną, ani jeszcze w pełni głęboką. Ona się po prostu buduje. A naszym zadaniem, jako samorządowców, nauczycieli, mieszkańców jest tworzyć jak najwięcej sytuacji, w których może stać się czymś trwałym i naturalnym.

Interesuje się Pan grafologią, która pozwala czytać "między wierszami". Gdyby miał Pan przeanalizować charakter dzisiejszej współpracy naszych trzech miast, to czy byłoby to pismo harmonijne i pewne, czy raczej chaotyczne i pełne skreśleń?

Z całą pewnością mogę stwierdzić, że byłoby to pismo stabilne, z mocnym akcentem czyli naciskiem pióra na papier, jednak z dozą nieregularności kształtów i linii. To pismo zależne od codziennych uwarunkowań i nastrojów społecznych. Nie wszystko udaje nam się jeszcze kontrolować i trzeba nad tym pismem jeszcze sporo popracować.

Czy mieszkańcy Hrádka i Zittau wykazują autentyczne zainteresowanie tym, co dzieje się w Bogatyni? Co w naszym mieście jest dla nich magnesem, a co być może wciąż ich zniechęca do częstszych odwiedzin?

Sądzę, że niektórzy się interesują, ale nie wszyscy. Identycznie jak z naszej strony. I myślę, że Bogatynię odwiedza się bardziej z powodów pragmatycznych, np. zakupy. Rzadziej jest to zainteresowanie ofertą kulturalną, nie mówiąc o tej turystycznej, która dopiero raczkuje. Miejmy nadzieję, że to się zmieni. Liczę na to i trzymam kciuki, aby tak było.

Jakie ma Pan konkretne oczekiwania wobec nowo powołanej Rady? Czy jako jej przewodniczący wierzy Pan w realny wpływ na decyzje burmistrzów, czy też obawia się Pan, że głos 15 zaangażowanych mieszkańców może utknąć w gąszczu lokalnej polityki?

Szczerze mówiąc nie mam wygórowanych oczekiwań. Nie mamy zbyt wielu narzędzi, aby mieć wielki wpływ na lokalną politykę międzynarodową. Będziemy raczej doradzać, wyrażać swoją opinię i decydować tylko w kwestii przyznania środków w ramach naszego budżetu na projekty obywatelskie. Co do polityki, zostawmy ją naszym politycznym decydentom. Będziemy im jednak patrzeć na ręce (śmiech).

Na koniec, jako trener i pasjonat E-rozwoju – jaki „trening mentalny” zaproponowałby Pan mieszkańcom Trójstyku, abyśmy przestali patrzeć na siebie przez pryzmat narodowości, a zaczęli widzieć w sobie po prostu sąsiadów z jednego regionu?

Zaproponowałbym bardzo prosty trening mentalny złożony z trzech kroków. Po pierwsze – zmiana perspektywy. Zamiast myśleć „Niemiec”, „Czech”, „Polak”, spróbujmy pomyśleć: sąsiad, klient, współpracownik, rodzic dziecka z tej samej szkoły. Po drugie – ciekawość zamiast oceny. Zamiast zakładać, jacy „oni są”, warto zapytać, posłuchać, spróbować zrozumieć. To naprawdę zmienia bardzo dużo. I po trzecie – kontakt. Najprostszy, codzienny. Rozmowa, wspólne wydarzenie, nawet zwykłe „dzień dobry”. Bo żadna kampania ani projekt nie zastąpią zwykłego ludzkiego spotkania. To nie jest skomplikowany trening, ale jeśli będziemy go stosować regularnie, efekty pojawią się szybciej, niż się spodziewamy. 

Podziel się ze znajomymi!

W celu zapewnienia jak najlepszych usług online, ta strona korzysta z plików cookies.

Jeśli korzystasz z naszej strony internetowej, wyrażasz zgodę na używanie naszych plików cookies.